Serwis wykorzystuje pliki cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszych stron, a także w celach statystycznych i reklamowych.
Ustawienia dotyczące zapisywania przez stronę plików cookies możecie Państwo sprawdzić i zmienić w opcjach używanej przeglądarki.

Wiem, Zamknij

 R E K L A M A
 Strona główna
 
Ustaw jako strona startowa Dodaj do ulubionych
 O nas   Reklama   Prenumerata   Baza wiedzy / Czytelnia 

Aktualny numer





Artykuł z wydania papierowego MwP 7/2008
OPINIE: Rozkodować zip culture
Marek Staniszewski

Paradoksem współczesności jest zmniejszająca się ilość czasu wolnego, pomimo rosnącej ilości urządzeń i rozwiązań, które mają nam pomóc zaoszczędzić czas.

Jako konsumenci mamy coraz większą ilość rozwiązań i lepsze wyposażenie domu, musimy jednak poświęcać czas na uczenie się ich nowych funkcji i sposobu obsługi. Pojawia się także nowa „praca” wykonywana w domu – surfowanie w sieci czy oglądanie coraz większej liczby kanałów TV także pochłania nasz czas.

Istnieją różne strategie związane z próbami pozyskania lub zaoszczędzenia czasu – doba ma przecież tylko 24 godziny, a chcemy je wykorzystywać coraz pełniej. Jedną z takich strategii jest planowanie. Coraz większa liczba konsumentów planuje już nie tylko aktywności z wyprzedzeniem miesięcznym czy tygodniowym, ale każdego dnia powstaje misterny plan, który ma pomóc w organizacji czasu. Inną strategią jest instant – produkty do natychmiastowego wykorzystania i użycia stają się coraz bardziej powszechne: „wystarczy odgrzać”, „wystarczy 8 minut na przygotowanie posiłku”, „tylko kilka aplikacji i będziesz piękna i szczupła”. Obietnica natychmiastowej gratyfikacji i szybkiej korzyści staje się coraz bardziej kusząca.

Podział czasu na pracę i czas wolny także przestaje istnieć. Wciąż „jesteśmy pod komórką”, sprawdzamy w domu maile związane z pracą zawodową, co nie ułatwia oddzielenia od siebie obu tych sfer. Resztki czasu wolnego, jaki zostaje do „skonsumowania”, wykorzystywane są na ucieczkę w świat mediów i biernego wypoczynku. Coraz mniej potrafimy cieszyć się wolnym czasem – osoby wybierające się w weekend na wycieczkę rowerową traktują to jako działalność „profesjonalną” – wystarczy popatrzyć na wysiłek, jaki wkładają w przygotowanie sprzętu, skompletowanie odpowiedniego stroju. Wykonują ciężką pracę. Nawet określenia w rodzaju: „ładowanie baterii”, „regeneracja” wskazują, że czas wolny spędzony w SPA czy salonie odnowy biologicznej jest jedynie przygotowaniem się do pracy. Inną strategią wypoczynku staje się intensyfikacja doznań: skoki na spadochronie, paintball, surfing mają dostarczyć dużą ilość wrażeń w bardzo krótkim czasie. Idealny „leisure time” – prawdziwy relaks i beztroski wypoczynek – staje się przedmiotem prawdziwego luksusu i jest dostępny dla nielicznych.

Życie w coraz szybszym tempie sprawia, że zaczynamy coraz częściej w tym samym czasie wykonywać coraz większą ilość czynności (tzw. multitasking) – wykorzystujemy każdą chwilę, aby nie tracić czasu. Słuchamy audiobooków w samochodzie i załatwiamy zaległe rozmowy telefoniczne. Kawa i posiłek w drodze, załatwianie nawet istotnych spraw finansowych przez komórkę – wszystko to ma nam dawać poczucie pełnego wykorzystania czasu.

Podobnie jest z zakupami – wybieramy takie miejsca, w których wszystko można kupić w tym samym czasie. W parze z tym idzie tzw. nocny kolonializm – anektujemy czas tradycyjnie poświęcany na odpoczynek, wybierając się na nocne zakupy, do restauracji i multipleksów otwartych do późnych godzin nocnych. Powszechna w Europie linearna koncepcja czasu, który w dodatku traktowany jest jak rzecz (można go „stracić”, „zaoszczędzić”, „dać sobie więcej czasu”), z jednej strony wydaje się adekwatna do obecnego stylu życia, z drugiej zaś coraz częściej staje się mentalną pułapką.

Internet i tzw. konwergentne technologie są z pozoru odpowiedzią na problem znikającego czasu. Wszystko jest w jednym miejscu, możemy porównać ceny, wykorzystywać różne funkcje urządzenia w danym czasie, zależnie od potrzeby. Okazuje się jednak, że bardzo często wygrywa dywergencja i wykorzystujemy jedynie podstawowe funkcje swoich telefonów komórkowych, nie wspominając o komputerach. Osoby używające Blackberry i podobnych udogodnień bardzo szybko odkrywają, że stają się one prawdziwym przekleństwem i odbierają ostatnie wolne chwile. Odpowiadanie na dziesiątki maili w ciągu dnia nie pozwala na skupienie się na tym, co istotne i ważne. Stajemy się zatem coraz bardziej zagonieni, sfrustrowani, zmęczeni i szukamy kolejnych rozwiązań…

Dlaczego piszę o rzeczach tak oczywistych? Poproszono mnie o skomentowanie zjawiska zip culture, co niniejszym czynię. Prawdopodobnie w takim jak powyżej kontekście powstało określenie zip culture. Nie jest ono jednak żadnym trendem ani zjawiskiem kulturowym, tylko określeniem wykreowanym na wyrost – chyba w celach czysto marketingowych. Kompresja i upraszczanie informacji to zjawisko stare jak świat. Na tym przecież polega jedna z pierwotnych funkcji każdego nośnika informacji. Piktogramy aborygenów czy hieroglify Egipcjan byłyby chyba pierwszym zarejestrowanym przejawem zip culture.

Czytnik RSS czy strona startowa iGoogle to nowy rodzaj podejścia do tego samego tematu: mieć wszystko w jednym miejscu, w uproszczonej formie, „spakowane”. Zgodnie z takim rozumieniem gazeta papierowa także była przejawem tzw. zip culture. Ludzie zawsze dążyli do upraszczania sobie życia poprzez „zipowanie” informacji. Czy jednak kieszonkowe wydanie Biblii albo uproszczone instrukcje obsługi to było zip culture?

Myślę, że o ile pojawiają się zjawiska ważne z punktu widzenia zmian społecznych i kulturowych istotnych dla marketingu, dla których opisania wymyśla się neologizmy (metrosexual był chyba dobrym przykładem takiej zamiany), to siłowa próba nazywania czegoś nieistniejącego rodzi tylko zamęt. Po sukcesie „Metroseksualnych” zaczęto tworzyć słowa w rodzaju: „Retroseksualny” czy „Überseksualny”, licząc chyba na to, że odniosą podobny sukces. Jednak nie były one nazwami nowych ważnych zjawisk, tylko wydumanymi określeniami.

Podobnie jest moim zdaniem z zip culture, jakaś firma zajmująca się trendspotingiem (kolejne modne słowo) użyła pewnie takiego określenia bardziej z chęci zwrócenia uwagi na samą siebie niż na nieistniejące zjawisko. Rozkodowanie tego pojęcia i zrozumienie, co tak naprawdę może oznaczać, wymaga pewnego czasu – a tego mamy, jak się okazuje, coraz mniej…

Marek Staniszewski, Y&R Brands - BAV Consulting. marek.staniszewski@yrbrands.com




 Zobacz też:
CASE STUDY: Do czego służy Second Life 
NARZĘDZIA: Koncept marki 
PERSONEL: Dział handlowy w firmie B2B 


 góra | strona główna  

     

 
 Wydanictwo Marketing w Praktyce

 Design by sympatico
 BS4 CRM