Drukuj

Marketing w Praktyce

Lekcje pana Miyagi

Paweł Tkaczyk

 
 

Drodzy fani „Gwiezdnych wojen”, musicie przełknąć tę gorzką pigułkę – mistrz Yoda nie był dobrym nauczycielem. Może i był mądry, ale nie nauczał mądrze. Morderczy trening Luke’a Skywalkera na planecie Dagobah, kiedy przemierzał dżunglę, niosąc swojego mistrza na ramieniu, to nie jest dobra nauka. Wiecie, kto uczy lepiej od Yody? Kesuke Miyagi.

Na prezentacjach czasem pokazuję slajd, na którym są dwie tzw. buźki: jedna uśmiechnięta, a druga smutna. Kiedy pytam widownię, która z tych buziek aktualnie się uczy, wszyscy jak jeden mąż, bez wahania, wskazują na buźkę smutną. Dlaczego tak jest? Dlaczego nauka nie sprawia nam przyjemności? Być może dlatego, że system szkolnictwa został tak… zaprojektowany. Ale czy musi tak być?

Koncept nauki powszechnej, dostępnej dla wszystkich, pojawił się już w starożytności. W czasach oświecenia zaczęto o nim głośno mówić – to z tego okresu pochodzą podwaliny powszechnej edukacji, pierwsze towarzystwa naukowe, w których brylowali m.in. Karol Darwin czy Isaac Newton. W ich czasach idealną karierą był właśnie akademik – człowiek, który całe życie poświęca zgłębianiu nauki. Dzisiejsza szkoła jest dziedzicem tego podejścia. Gdyby zapytać, kim mogę być po ukończeniu ogólnej edukacji (z uczeniem się na pamięć wszystkich dopływów Wisły oraz wszystkich sposobów otrzymywania soli w wyniku reakcji chemicznej), odpowiedź byłaby tylko jedna: nauczycielem akademickim.

Zmienność podejścia do nauki i nauczania

Ale dla ludzi oświecenia nauka nie była kieratem. Nie była też pracą – poświęcali jej po prostu całe swoje życie. W ogóle przez tysiące lat nie stawialiśmy ostrej linii podziału pomiędzy pracą a nie-pracą. Naukowcem, rolnikiem, hrabią czy marynarzem się po prostu było, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Marynarz miał swoje rejsy i sztormy, ale miał też tawerny i dziewczynę w każdym porcie. Hrabia miał uczty, ale miał też wojny. My dziś jednak mamy życie wyraźnie podzielone na pracę i odpoczynek. Skąd wziął się ten podział? I co ma wspólnego ze szkołą?

Pierwsze publiczne, dostępne dla każdego systemy edukacji zaczęły się pojawiać w czasach rewolucji przemysłowej. To dokładnie ten sam okres, w którym zaczęliśmy chodzić do pracy, oddzielając tym samym fizycznie (i mentalnie) zarobkowy i rozrywkowy aspekt naszego życia. Pracodawcom, którzy nas zatrudniali, nie zależało specjalnie na zapewnieniu nam rozrywki czy wygody. To mieliśmy sobie kupić później, po pracy, za zarobione wcześniej pieniądze. Szkoły powstające w tamtych czasach pożyczyły ten sam paradygmat – skoro już „chodzimy do szkoły”, to nauka ma być kieratem, a rozrywkę możemy sobie załatwić potem.

Współczesna szkoła ma więcej wspólnego z fabryką, niż się wydaje. Zastanów się, w jaki sposób sortowane są dzieci, które rozpoczynają edukację. Po dacie produkcji! Nie ma żadnego indywidualnego oceniania umiejętności, zdolności, predyspozycji. Mało tego, taka edukacja jest liniowa i masowa. Przyjmuje się założenie, że na każde pytanie istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź. Zakładamy, że każdy ma się nauczyć tego samego. Idealny uczeń wykuje na pamięć wszystkie dopływy Wisły, by następnie samodzielnie wypisać je z pamięci podczas sprawdzianu. Nie może zajrzeć do książki (choć wie, że odpowiedź tam jest), bo to byłoby ściąganie. Takie podejście było dobre w czasach fabryk, gdy kształciliśmy ludzi do samodzielnej pracy przy linii produkcyjnej. Mieli nauczyć się na pamięć instrukcji i samodzielnie ją odtworzyć, kiedy będzie to potrzebne. Tylko że rynek pracy się zmienił. Czego dziś wymagają pracodawcy? Umiejętności pracy w grupie i kreatywnego rozwiązywania problemów. W którym miejscu uczy się tego młody człowiek wykuwający na pamięć dopływy Wisły?

Naturalny dryg istnieje

Czy wiesz, który przedmiot w szkole jest wykładany tak, jak powinien? Zastanów się. Zachowania, z którego przedmiotu dzieciaki powtarzają z własnej woli po zakończeniu zajęć? Siadają do zeszytu w kratkę, by rozwiązywać słupki matematyczne? A może wyprowadzają wzór na przyspieszenie? Nie. Wychodzą na dwór i grają w piłkę. Jak na wychowaniu fizycznym. Bo tak naprawdę to na wuefie uczymy się pracy zespołowej i kreatywnego rozwiązywania problemów. A przy okazji dobrze się bawimy.

Nie twierdzę, że powinno się zlikwidować pozostałe przedmioty. Zwróćmy jednak uwagę na coś, co oglądamy w każdym filmie lub czytamy w każdej książce o Mądrym Nauczycielu. Znajduje on (lub ona, jak Michelle Pfeifer w „Dangerous Minus”) sposób, by obejść system, by sprawić, że edukacja jest frajdą. Lub – jak pan Miyagi w „Karate Kid” – przemycić prawdziwą naukę pod przykrywką innych aktywności. Mądry Nauczyciel stara się zatrzeć granicę między pracą a zabawą, zbudować zaangażowanie, przywrócić świat do stanu sprzed epoki dymiących fabryk.

Współczesne dzieciaki angażują się mocno w jeszcze jedną czynność po szkole. Grają w gry komputerowe. Grają tak intensywnie, że według badań dr Jane McGonigal (która zawodowo zajmuje się analizowaniem zachowań graczy) przeciętny nastolatek kończący szkołę średnią spędza na graniu tyle samo godzin, ile spędza w szkole – około 10 tysięcy. Oznacza to, że mamy alternatywny do tradycyjnej szkoły system edukacji, który angażuje młodych ludzi w sposób dobrowolny – dokładnie tak, jak powinna angażować tradycyjna szkoła.

Uświadomienie sobie tego faktu prowadzi nas do dwóch ważnych pytań. Po pierwsze, jeśli ludzie spędzają 10 tysięcy godzin na graniu, to czy gry ich czegoś uczą? Jeśli tak, to czego? Po drugie zaś, czy da się mechanizmy stosowane z powodzeniem przez twórców gier wykorzystać do budowania zaangażowania uczniów w starą szkołę? Odpowiedź na drugie pytanie brzmi: tak. Zjawisko, w którym wstrzykujemy elementy frajdy do czynności, które do tej pory frajdy nie sprawiały (jak nauka, praca czy oszczędzanie na emeryturę), nazywamy grywalizacją. Zatacza ono coraz szersze kręgi – najpierw docenione przez marketerów i ludzi zajmujących się HR, zdobywa coraz śmielej przyczółki w edukacji i innych dziedzinach naszego życia.

Grywalizacja w szkole

Jak zatem zastosować elementy grywalizacji w szkole? I czego gry mogą nauczyć współczesne dzieci? „Pilny optymizm” – tak o jednej z umiejętności graczy mówi wspomniana już wcześniej dr McGonigal. Gry uczą ich, że w wirtualnym świecie zawsze jest coś do zrobienia, że warto spróbować czegoś nowego, a co najważniejsze, że to zadanie nie przekracza ich – graczy – możliwości. To gry, a nie szkoła, uczą dziś nagradzania za wysiłek, nie karząc przy tym za porażkę. Pozwolenie na pomyłki to jeden z najbardziej angażujących mechanizmów, jakie mają współczesne gry, które nagradzają eksplorację, przyjemność z odkrywania nowego świata, a zaangażowanie budują poprzez danie graczom autonomii. Jeśli chcemy, żeby szkoła angażowała uczniów tak samo, jak aktywności poza nią, pozwólmy im na autonomię. Musimy pozwolić im samodzielnie odkrywać świat, najlepiej poprzez interakcję z innymi.

Drugim elementem, który kształtuje zaangażowanie i pilny optymizm w graczach, jest poczucie mistrzostwa. Zadania, które gra przed nimi stawia, choć wydają się epickie, zawsze są do zrealizowania. Dlatego gracze tak chętnie rzucają się w wir walki czy podejmują kolejną wyprawę – oni wiedzą, że to zabawa w bezpiecznych granicach wyznaczonych przez świat gry. Szkoła jest dokładnie takim samym światem – jeśli wysyła uczniów na eksplorację, zadania są dostosowane do poziomu ich wiedzy lub umiejętności. Dlaczego zatem odczucia wobec szkoły są tak diametralnie różne niż odczucia względem gry? Bo gra nie karze za porażkę, a szkoła – jak najbardziej.

Trzecim w końcu elementem, który buduje zaangażowanie u gracza, jest poczucie celu. Jestem w stanie przewędrować pół królestwa (niech mi to zajmie i cały dzień grania) w poszukiwaniu smoczego zęba, bo wiem, że w ten sposób pomogę czekającej na lekarstwo księżniczce. To cel umocowany w świecie, z którego pochodzi zadanie. Szkoła musi się jeszcze nauczyć spójności pomiędzy wiedzą, którą usiłuje przekazać, a celem, w jakim uczniowie tę wiedzę muszą posiąść. A czasem pytania o celowość nauczania tej czy innej rzeczy jest jak najbardziej na miejscu.

Nauka dla… rodziców

W jaki sposób uczyć samodzielnego dochodzenia do rozwiązania? Wykorzystując np. opisaną przez Roberta Cialdiniego teorię luki informacyjnej. Dzieci, które wiedzą, że czegoś nie wiedzą, są bardziej zaangażowane w samodzielną próbę rozwikłania zagadki. Ta metoda działa świetnie na studentów, wśród młodszych dzieci napotyka jednak na pewną trudność. Pewność siebie. To ona jest największym wrogiem luki informacyjnej. Kiedy dziecko jest pewne, że zna prawidłową odpowiedź, nie będzie zainteresowane sprawdzeniem, czy odpowiedź ta jest rzeczywiście właściwa. Nie będzie też zainteresowane ewentualnym poszerzeniem wiedzy na ten temat.

Jak walczyć z tą pewnością siebie, nie krzywdząc jednocześnie woli poznawania i odkrywania świata? Innymi słowy, jak powiedzieć dziecku, że się myli, nie karząc jednocześnie pomyłki? Jednym ze sposobów jest przeniesienie punktu ciężkości zagadnienia ze „znalezienia odpowiedzi” na „czy mam rację?”. Jak? W artykule dla „Journal of Social and Clinical Psychology” wspomniany wyżej Robert Cialdini opisuje eksperyment przeprowadzony na uczniach trzeciej klasy szkoły podstawowej. Mieli oni do obejrzenia film, który odpowiadał na pytanie, czy jaszczurki są żyworodne. W pierwszej grupie po prostu kazano dzieciom obejrzeć film. Jednak razem z sygnałem dzwonka klasa opustoszała – większość dzieci wybiegła na korytarz, nie przejmując się specjalnie odpowiedzią na pytanie postawione przez nauczyciela. W drugiej grupie nauczyciel poprosił dzieci, aby najpierw głośno, przed całą klasą, spróbowały odpowiedzieć na to pytanie. Część dzieci twierdziła, że jaszczurki są jajorodne, część, że są żyworodne. Nauczyciel rozsadził uczniów w dwóch rzędach, w jednym siedzieli zwolennicy żyworodności, w drugim – jajorodności. Kiedy zabrzmiał dzwonek, niemal nikt się nie ruszył. Dlaczego? Bo ciężar problemu przesunął się z jaszczurki (która większości dzieci generalnie nie obchodzi) w kierunku „czy miałem rację?” (co dla każdego z nas jest niezmiernie ważne).

Jestem pewien, że są rodzice, którzy denerwują się, kiedy dzieci wołane na kolację nie przychodzą, bo są tak zaangażowane w grę. Ci sami rodzice byliby jednak wniebowzięci, gdyby dzieci były równie zaangażowane w naukę. Może zamiast krytykować gry i potępiać je w czambuł, warto spróbować się z nich czegoś nauczyć?

marketing specjalistyczny

 
 
 

Paweł Tkaczyk, MIDEA, specjaliści od wizerunkuAdres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 

Serwis wykorzystuje pliki cookies w celu ułatwienia Państwu korzystania z naszych stron, a także w celach statystycznych i reklamowych.
Ustawienia dotyczące zapisywania przez stronę plików cookies możecie Państwo sprawdzić i zmienić w ustawieniach używanej przeglądarki.

Wiem, Zamknij